Prasa
---------------
![]()
Kapela ze Wsi Warszawa "Infinity". Wariacje na temat folku. ----------------
Rafał Księżyk - Playboy
Kapeli Ze Wsi Warszawa „Infinity” to pierwsza ważna polska premiera 2009 roku. W Niemczech album ukazał się pod szyldem Warsaw Village Band już jesienią minionego roku, co świadczy o tym, że grupa funkcjonuje raczej na rynku europejskim niż krajowym.
Już w pierwszym materiale „Hop Sa Sa”, który premierę miał 10 lat temu na kasecie magnetofonowej, Kapela porywała surową energią. Fenomen grupy polegał na tym, że tę energię krzesali wprost z polskiej muzyki ludowej, która dla większości ich rówieśników była tożsama z cepeliowską hucpą czy skansenową nudą. Krajowa moda na zespół rozpoczęła się dopiero wtedy, gdy brytyjska rozgłośnia BBC przyznała Kapeli prestiżową nagrodę dla nowej twarzy muzyki korzeni. Pasmo sukcesów? Odlicza je 1000 koncertów, które zagrali w ciągu tych 10 lat, od Meksyku po Japonię.
Zespół wciąż znajduje sposoby na to, by zmieniać się i pozostawać w kontakcie z tradycją. Na „Wykorzenieniu” z 2004 r. zaprosili do współpracy autentycznych ludowych muzykantów z całej Polski. W 2008 r. wydali „Wymiksowanie”, gdzie muzykę z „Wykorzenienia” zinterpretowali po swojemu artyści z kręgu muzyki dub. Ich czwarty album „Infinity” nagrany został po trzyletniej nieobecności grupy w studiu i przynosi pewne przewartościowania w jej obliczu. „//Wieś to odwieczny porządek/ Drewno, nożyce i kamień/ Drew nie nazbierasz na opał/ W zimie zamarzniesz na amen//” – brzmi motto „Infinity”.
Poszukiwanie w tradycji najbardziej fundamentalnych, uniwersalnych prawideł i odnoszenie ich do współczesności to program, który stawia sobie zespół. A ich stosunek do współczesności najlepiej oddaje to, że zamiast przywoływać etnograficzne rozprawy, cytat zaczerpnęli z własnej piosenki, do której słowa napisał wyrosły ze sceny yassowej kpiarz Ryszard „Tymon” Tymański. Rdzeń brzmienia Kapeli pozostał ten sam: przejmujące głosy wokalistek operujących archaicznym białym śpiewem puentowane są transowymi kawalkadami skrzypiec i bębnów.
Ale za większość muzyki i koncepcję płyty odpowiada teraz duet Maja Kleszcz – Wojtek Krzak. Różnica polega na tym, że wraz z „Infinity” Kapela na dobre wpisuje się w nurt muzyki świata. Nie rezygnując z zaplecza polskiej muzyki źródeł, artyści adaptują rytmy Afryki, bluesa, soulu i funku, wątki orientalne i echa skandynawskiego folku. To ryzykowna dla korzennych zespołów fuzja, bo łatwo przy niej popaść w efekciarskie stylizacje. Kapela jest jednak dojrzałym, ukształtowanym zespołem i nic nie robi na siłę, stara się raczej szukać wspólnych korzeni dla tak różnych pozornie stylów muzyki.
Ich wielkim atutem jest też sztuka dialogu z innymi artystami. Duety są jednym ze skarbów tej płyty. „Skip Funk”, utwór nagrany z DJ-em Feel-X’em z Kalibra 44, pozostanie jednym z najbardziej spójnych i naturalnych flirtów Kapeli z klubowymi brzmieniami. „Little Baby Blues” to w rzeczy samej blues-kołysanka, tyle że za sprawą Jana Trebuni-Tutki przesycony góralską wibracją. Wątki orientalne i klezmerskie wnosi Tomasz Kukurba z Kroke. Największym zaskoczeniem jest jednak spotkanie Kapeli z Natalią Przybysz znaną z grupy Sistars.
„Heartbeat” bazujący na jej wokalnym dialogu z Mają Kleszcz to tyleż apetyczny, co unikalny okaz udanej polskiej wariacji wokół r’n’b, całkowicie wolnej od brzmieniowego plastiku i zanurzonej w żywiole szlachetnego bluesa. To śmiało mógłby być radiowy przebój.

Folk z Mazowsza rozbija skamieliny
Łukasz Kamiński
To ma być nasz rock'n'roll, punk, jazz czy reggae, ale zagrane na tradycyjnych instrumentach - mówi Wojtek Krzak z Kapeli ze Wsi Warszawa, której nowa płyta "Infinity" właśnie trafiła do sklepów
- W Polsce sam pomysł, że muzyka z Mazowsza i awangardowy jazz mają ze sobą coś wspólnego, wielu osobom wydaje się kuriozalny - zauważa Wojtek Krzak z Kapeli, gdy pytam go o to, dlaczego najnowszy album ukazał się najpierw na Zachodzie, a dopiero po pewnym czasie w Polsce.
Jego słowa potwierdza też to, że Kapelę częściej można usłyszeć za granicą niż w kraju. Według rozpiski ich tras koncertowych można by układać przewodniki turystyczne. A sama Kapela jest idealnym przykładem na teorię, że podróże kształcą. - Spotykając muzyków ze świata, grając z nimi, poznając ich wrażliwość, style, specyfikę, mimowolnie uczysz się rzeczy, których nie można złapać w Polsce ze względu na naszą monoetniczną i nieco zamkniętą specyfikę. Grając tak wiele tras i koncertów poza krajem, uzyskujesz idealny dystans do pracy - mówi Wojtek.
Na "Infinity" podobnie jak na poprzednich płytach Kapeli nie tylko doskonale słychać to, że polska muzyka ludowa (tradycyjna, korzenna, folkowa) współbrzmi z innymi - geograficznie, kulturowo, technologicznie - dźwiękami, ale też to, że w niej samej kryją się zaskakujące brzmienia. By je usłyszeć, wystarczy tylko nastawić uszu. - Dawna muzyka regionu Mazowsza ma w sobie elementy i transu rodem z obrzędów wudu, i brutalność punk rocka, wariantowość jazzu i duszę bluesa! Zatem wszystko chyba zależy od tego, co chcemy znaleźć. Jedni bawią się odtwarzaniem i skamielinami muzyki tradycyjnej, a dla innych to tylko punkt wyjścia. Mnie podnieca ten drugi wariant - tłumaczy Wojtek.
W poszukiwaniu nowych brzmień Kapela sięga często po rzadkie instrumenty. Na "Infinity" można usłyszeć np. sukę, zapomniany polski instrument smyczkowy, czy szwedzką nyckeharpę. - Sięgamy jednak po te instrumenty bardzo ostrożnie, uważamy na to, by nie "zaśmiecić" brzmienia - zastrzega Wojtek Krzak.
Równie ostrożnie i z wyczuciem Kapela zaprasza do wspólnego grania innych muzyków. Na "Infinity" pojawia się ich kilku: wokalistka Natalia Przybysz, didżej i multiinstrumentalista Feel-X, jeden z najzdolniejszych i otwartych muzyków Podhala Jaś Trebunia Tutka, Tomek Kukurba z krakowskiego Kroke oraz Tymon Tymański, którego Krzak poznał bliżej rok temu, podczas tworzenia muzyki do spektaklu z jego librettem.
"Infinity" jest czwartym studyjnym albumem Kapeli ze Wsi Warszawa, w Polsce płyta ukazała się nakładem wytwórni Kayax.
--------------------
![]()
Kopiemy pod wierzbą Chopina
Edyta Błaszczak
Po romansie z muzyką klubową na płycie "Wymixowanie" Kapela ze Wsi Warszawa powraca w swoim "korzennym stylu". Nowa płyta "Inifinity", która swoją polską premierę będzie miała 30 stycznia, to nieskończenie dobry krążek muzyków, którzy wciąż są bardziej popularni na świecie niż w Polsce.
Z Wojtkiem Krzakiem, producentem i kompozytorem większości utworów, rozmawia Edyta Błaszczak
Wasza nowa płyta "Inifinity" tradycyjnie już najpierw miała premierę na świecie [w listopadzie 2008], a dopiero teraz w Polsce. Wciąż jesteście bardziej pożądani i popularni za granicą, a w kraju musicie grać "do kotleta"?
Do okropnego schaboszczaka. Niestety, w Polsce wszystko, co jest związane z ludowością, jest skazywane na festyn, kotlet, parówkę. Głównie takie propozycje dostajemy. Dzieje się tak dlatego, mówię absolutnie szczerze, że w Polsce nigdy nie wypracowaliśmy wrażliwości na muzykę świata. Kiedy jeździmy w trasy do Kanady czy USA, to tam co weekend odbywają się gigantyczne imprezy World Music, na których oprócz Kapeli ze Wsi Warszawa możesz posłuchać prawdziwych rastamanów z Jamajki czy jazzowych eksperymentów Jana Garbarka. Cesaria Evora czy Angelique Kidjo grają u nas na salonach, w Sali Kongresowej. My, za granicą trzy razy graliśmy już na jednej scenie z Cesarią, ale w Polsce nigdy nawet by nie pomyślał, że moglibyśmy wystąpić razem.
Czy to znaczy, że jesteście u nas skazani na wieczną niszę, że nikogo nie interesuje folk, rodzima tradycja? Przecież właśnie na swoim podwórku powinniście być bardziej rozumiani.
Stereotypowo jesteśmy uznani za kapelę folkową, więc trudno się od tego odcinać, ale tak naprawdę Kapela ze wsi Warszawa muzycznie jest lata świetlne od folku. My nigdy nie chcieliśmy wskrzeszać tradycji ludowej. Jasne, odwołujemy się do niej, a raczej do muzyki korzeni, ale mieszkamy w Warszawie i inspirujemy się też kulturą miejską. Na pewno nie jesteśmy ortodoksami folkowymi ani nie uważamy, że tradycja jest taka wspaniała i cudowna. Kapela ze Wsi Warszawa to jest mutant muzyczny i nie należy nas brać zbyt poważnie. Na co dzień nie słuchamy muzyki folkowej, bo tego za bardzo słuchać się nie da. To jest tak przaśne i nieokiełznane w swojej formie, że współczesny słuchacz, który chciałby zanurzyć się w tą muzykę, nie ma na to szans. W Polsce muzyka ludowa jest brutalna, przez co momentami dla nas niedostępna. My jako zespół bierzemy z niej tylko energię, a dalej obrabiamy ja w sposób współczesny. Inspirujemy się polskim folkiem. Podobnie jak Chopin.
Porównujecie się do Chopina?!
Zgoda, przy Fryderyku Chopinie jesteśmy Jankami Muzykantami. Ale nasz największy klasyk w swoim czasie wykreował się i nakreślił jako pierwszy polski twórca world music. On cały garściami czerpał z polskiego folkloru i przerabiał na muzykę współczesnych jemu salonów. I teraz dla przeciętnego Anglika pomiędzy Fryderykiem Chopinem i jego genialnością a Kapelą ze Wsi Warszawa ze swoją barbarzyńską dzikością jest połączenie. A to połączenie to fascynacja korzeniami - muzyką mazowiecką. On był genialnym twórcą, a kapela jest młodą grupą, jeszcze nieopierzoną, ale esencja, podejście do muzyki i czerpanie z tradycji korzeni jest podobne. O nas często się mówi, że kopiemy pod wierzbą Chopina.
A skąd bierze się wasz międzynarodowy sukces: nagrody BBC, występ na kultowym festiwalu Roskilde w Danii, w Queen Elizabeth Hall, trasy po Kanadzie, Japonii? Wasze płyty można kupić na Times Square, Champs Elysées czy placu Czerwonym.
Graliśmy w ponad 30 krajach i proszę, napisz, że nie dla Polonii. Bo nasze występy w Polsce, np. na festynach, często plasują nas w kategorii artystycznej B. A na świecie gramy na prestiżowych imprezach. Między innymi dzięki temu, że współpracujemy z niemiecką firmą, która organizuje nam koncerty. I to jest nasz taki osobisty sukces, że daleko od establishmentu i wielkich pieniędzy, z dala od wielkich ciśnień i show-biznesu robimy własną robotę. Może czasami klepiemy biedę, ale jesteśmy szczęśliwi, że możemy gdzieś pojechać za granicę i bez obciachu zaprezentować własną muzykę, którą kupują ludzie.
Pamiętaj też, że wykonujemy naszą muzykę wyłącznie po polsku, a słuchają ludzie, dla których polski jest trochę dziwny. Więc musimy się bronić muzyką, to jest jak test. Pamiętam takie koncerty, jak np. na festiwalu w Edmonton w Kanadzie. Weszliśmy na scenę i 25 tysięcy ludzi ryczy. Nie wiedzieliśmy, jak ich okiełznać. Byliśmy nieźle przestraszeni, co będzie, jak zaczniemy grać, ale ludzie już po kilku piosenkach szaleli. I tak jest zawsze. Jakoś nam się udaje, jakaś dobra energia się chyba w nas kumuluje.
Czy poprzednia płyta "Wymixowanie", na której wasze kawałki zostały zmiksowane przez Zion Train czy Transglobal Underground, to był jakiś przyszłościowy kierunek? Bo "Infinity" to taki powrót do korzeni, do pytania, które zadawaliście sobie na początku istnienia: Kim jesteście i dokąd zmierzacie?
"Wymixowanie" to była raczej przygoda Kapeli z muzyką klubową. Ale "Infinity" różni się od poprzednich płyt, bo są tu kawałki inspirowane hip-hopem, soulem czy muzyką bluesową. Ale my wciąż zadajemy to samo pytanie, które zadawał sobie Bob Marley czy Rolling Stonesi w latach 60. Jesteśmy z różnych środowisk. Maciek Szajkowski, założyciel zespołu, związany był z punk rockiem, Sylwia Świątkowska z nurtem jazzującym, Magda Sobczak jest etnomuzykologiem, Maja Kleszcz pochodzi z domu muzycznego, to jej ojciec wpadł na pomysł połączenia Trebunich Tutków z Jamajczykami. I ja, kompletny rootsman, wychowany 80 km od Warszawy w zagłębiu muzykantów przyjechałem do stolicy na studia antropologiczne.
Ale to, skąd idziemy i co po sobie zostawimy, to wciąż pytania, na które szukamy odpowiedzi. Wiem, że w Polsce są to pytania niewdzięczne, bo polska prawica skutecznie obrzydziła w ogóle rozmowy o tradycji, patriotyzmie i tożsamości. Nikt nie chce być uznawany za oszołoma, więc o tym nie mówi. Koncertując za granicą, walczymy ze stereotypem Polaka złodzieja i ksenofoba. Ludzie często się dziwią, że nasza muzyka tak otwarta powstała w tak zamkniętej Polsce. �
----------
![]()
Folk to nie baba w rowie
Dominika Węcławek
Kapela ze Wsi Warszawa właśnie wydała płytę „Infinity”. Perkusista rozpoznawalnego na całym świecie zespołu mówi, jak pracuje się na zagraniczny sukces, co dusi entuzjazm animatorów kultury tradycyjnej w Polsce i jak w Warszawie można odpocząć.
Dlaczego płyta „Infinity” najpierw ukazała się za granicą?
Maciek Szajkowski: To nie wynika z braku patriotyzmu. Nasz management, z którym współpracujemy z dobrym skutkiem już od 2001 r., założył wydanie płyty jeszcze w ubiegłym roku. Chcieliśmy ustawić premierę polską i zagraniczną na ten sam termin, niestety empiki stwierdziły, że w czasie przedświątecznym nie są w stanie zapewnić nam odpowiedniej promocji. Gdybyśmy nagrali kolędy, to co innego. A tak, to nic nie biorą na półki, bo się płyt pozbywają. Cóż, zespół w Polsce nigdy nie miał z górki.
A na Zachodzie wprost przeciwnie – sukces za sukcesem. Jaka jest na to recepta?
Na początku przyciągaliśmy ludzi z ciekawości. Polska od kilku lat funkcjonowała według zachodnich standardów, stawała się normalnym krajem. Jeżeli chodzi o muzykę, byliśmy jednak terra incognita. Traktowano więc Kapelę jak Tuaregów z Mazowsza. Mnóstwo ludzi pytało nas po koncertach o detale, instrumenty, sposoby śpiewania. Dbaliśmy o to, by z każdym kolejnym występem budować z nimi kontakt, podtrzymywać ich fascynację. Nauczyliśmy się akcentować to, co w muzyce folkowej jest uniwersalne. Stroniliśmy zaś od nieczytelnych kwestii etnograficznych. To trudne. Tym bardziej iż ważna jest dla nas warstwa duchowa. Przyświeca nam filozofia Nusrat Fatah Ali Khana, wielkiego sufi i mistrza Qawwali z Pakistanu. Poniósł on swoją muzykę w świat, dochodząc do wniosku, iż tradycja, żeby żyć, nie może być tylko śpiewem przeszłości. Młode pokolenia muszą dopisać swoje post scriptum. Nusrata spotkały ze strony konserwatystów gromy. Spadły również na nas.
Czy nie ściągnęliście ich sami na siebie, choćby łączeniem motywów polskich z world music, co słychać wyraźnie na „Infinity”?
Tu powinniśmy się zastanowić, co jest typowo polskie, a co nie. Bębny obręczowe, na których gramy, pochodzą z Persji, barabany są tureckie, fidele i suki – azjatyckie. Nie ma w polskiej muzyce instrumentów rdzennych, wymyślonych tylko tutaj. Może Antek Kania z Syrbaków wskazałby na instrument o wyrafinowanej nazwie pierdziel. To samo z granymi tematami. Wiejscy muzykanci podchwytywali najpierw to, co słyszeli u innych przyjezdnych grajków. Wpływy się przemieszały.
Jak więc odbiera was rodzima ludność wychowana na folklorze?
Taka ludność niestety nie przychodzi na nasze koncerty. Osoby w naszym wieku wychowane są na muzyce popularnej z radia i disco polo. Jadąc na polską prowincję, szybko można dojść do wniosku, że współczesną muzyką ludową nie jest już obertas, kujawiak czy polka tylko „Majteczki w kropeczki” bądź „Jesteś szalona”. Twórczość taka spełnia wszystkie kryteria muzyki ludowej – jest tworzona przez lud, na jego potrzeby, towarzyszy rozrywce. Prowincję odwiedzać nam się zdarza, choć na wsiach nie graliśmy od długiego czasu. W mniejszych miastach spotkać można lokalnych animatorów kultury, którzy chcą pokazać tubylcom zgoła inną, graną niegdyś w ich rejonie, muzykę. Cenimy ich szczególnie.
Ale rzeczywistość brutalnie leczy ich z idealizmu?
To już nawet nie naśladowcy Doktora Judyma, to Don Kichoci. Mam przykład z ostatniego tygodnia, z małych miejscowości na Mazowszu. To region wypalony do cna przez disco polo – remizy zamienione na dyskoteki, a dyskoteki zamienione na meliny. Aktywiści kulturalni spotykają się tam z dużym ostracyzmem.
I taki właśnie paskudny los spotyka fascynatów?
Giną w oceanie polactwa. Ich ruch jest w Polsce mały, skłócony, zmagający się z materią ignorancji i mentalnego lenistwa. Wyniki pracy przychodzą wolno. Sporo wody w Wiśle upłynie, zanim Polacy przestaną się wstydzić swojego wiejskiego pochodzenia, języka. Żeby to się w ogóle mogło wydarzyć, nie należy powielać złych stereotypów, zniechęcać ludzi. A przeciętnemu Kowalskiemu folklor kojarzy się z babą w rowie w gumofilcach. Nie interesuje go, co jest mazowieckie, co podhalańskie. Odrzuca go sam ludowy kontekst. Trzeba go przekonać, że ta muzyka nie musi być pańszczyźniana, z czworaków wyciągnięta, usmarowana gnojówką. To trudna rzecz. A etnografowie rozprawiają o tym, że Stach Kuśmider to zdrajca, bo założył sobie do kurpiowskiego kapelusika krakowskie piórko. Robią małpę z muzykanta.
W Warszawie jednak jest inaczej. Można wręcz mówić o modzie na world music, są liczne festiwale...
W Warszawie odpoczywam. Widzę jednak, że jest wyspą odizolowaną od reszty kraju. Wszystkie festiwale mają bogate programy i świetnie zaspakajają potrzeby tutejszych mieszkańców. Nie przekłada się to nijak na wspomniane małe miasteczka. Podobnych wysp jest kilka, ale za mało na 40 mln ludzi.
----------------

Folk You!
Jarek Szubrycht
Jak zrobić muzyczną karierę na Zachodzie? Tak samo jak w Polsce. Na ludową nutę. Hej!
Po angielsku śpiewamy, po niemiecku gramy/ Od folkloru do jazzu wszystko pożyczamy/ Polacy to gęsi, swojego nie znają/ Co nasze, to gówno, co cudze, to grają” – to „Góralska muzyka” z wydanej przed 15 laty debiutanckiej płyty Homo Twist. Jednak tekst Macieja Maleńczuka powoli się dezaktualizuje. Polska młodzież znów śpiewa polskie piosenki i nieźle na tym wychodzi.
Wykorzenieni
U tych, którzy pamiętają kulturę na-ma-szczoną świeckim błogosławieństwem PRL, wszystko, co odwołuje się do folkloru, może budzić podejrzenia. Państwo – nomen omen – ludowe wyrwało bowiem folklor z jego środowiska naturalnego, pozbawiło kontekstu, przemieliło w politycznych żarnach i wypluło w postaci cepeliowskich serwet i ciupag z termometrami. Oraz świetnego skądinąd Mazowsza wtłaczanego telewidzom i radiosłuchaczom w trudnych do zniesienia dawkach. Kiedy byliśmy od Europy oddzieleni – szlabanami, zasiekami, brakiem paszportów, nieznajomością języków... – chcieliśmy jej i sobie za wszelką cenę udowodnić, że niczym się nie różnimy. Że nam też smakują hamburgery i cola, słuchamy rocka, nosimy dżinsy, uwielbiamy „Gwiezdne wojny”. Że jesteśmy obywatelami świata. Dzisiaj, po kilku latach członkostwa w Unii Europejskiej, jesteśmy Europejczykami pełną gębą, nikomu nie musimy już niczego udowadniać i coraz mniej kompleksów zostało nam do zaleczenia, więc chętnie podkreślamy swoją odrębność. W obyczajach, kuchni, modzie, ale również w muzyce.
Tu na scenę wchodzi folk. Pojmowany jak najszerzej – od ambitnych, łączących folklor z muzyką współczesną eksperymentów Kwadrofonika, przez etniczny ambient Karpat Magicznych, góralski dub Psio Crew, aż po huculskie hołubce Orkiestry św. Mikołaja i biometalowy – sami tak to nazwali – czad Żywiołaka. Popularność grup Golec uOrkiestra czy Zakopower to komercyjny wierzchołek tej samej góry lodowej, Lao Che też zdarzało się odwoływać do dźwięków o ludowej proweniencji. Fani polskiego folku regularnie spotykają się na festiwalach, mają swoje audycje radiowe i magazyn o wiele mówiącym tytule „Gadki z Chatki”. Wtajemniczeni twierdzą, że to dopiero początek. – Jeśli chodzi o odkrywanie muzyki przeszłości, Polska jest raczkującym krajem. Nie widzimy ciągłości kulturowej, odcięto nas od korzeni – uważa Wojciech Krzak z Kapeli Ze Wsi Warszawa, która nie bez przyczyny zatytułowała jedną ze swych poprzednich płyt „Wykorzenienie”. – Gdybym powiedział: ludzie, to, co dziś dociera do was z MTV, to nic innego jak kolejny etap muzyki korzeni, uznano by mnie za wariata. A przecież cała muzyka ma jakiś początek. Mayall-, Stonesi, Presley byli zauroczeni muzyką delty Missi-sipi. Marley – tradycją nyabinghi-, bluesa. Erykah Badu – gospel.
Bez paniki, my z Polski
Kapela Ze Wsi Warszawa jest w swojej ojczyźnie raczej zespołem kultowym (czytaj: wielbionym w wąskim gronie wtajemniczonych) niż popularnym. Tymczasem mamy do czynienia z jednym z najbardziej znanych na Zachodzie reprezentantów polskiej muzyki rozrywkowej.
– Wszystko zaczęło się w 2003 roku, kiedy Uli Balss, właściciel wytwórni Jaro, [jeden z najważniejszych graczy na rynku world music – przyp. red.], zakochał się w naszym graniu i zdecydował na wydanie płyty „Wiosna ludu”. Wiele ryzykował, bo muzyka z tej części Europy nikomu nic nie mówiła, ale kolejne etapy naszej kariery nawet dla niego były zaskoczeniem. Myślę, że byliśmy pierwszym polskim zespołem, który w tradycyjnej muzyce nizin, transowej i prostej, zdołał uwypuklić elementy uniwersalne – bez fałszywej skromności relacjonuje Krzak, który w zespole obsługuje głównie skrzypce. Zarazem napomina mnie, by pamiętać o innych:
–Trebunie-Tutki z Twinkle Brothers przetarli szlaki wiele lat przed nami. A co powiemy o Kroke, jednym z najbardziej rozpoznawanych zespołów z tej części świata? Abstrahując od ich poczynań z Nigelem Kennedym, to przecież pupile samego Petera Gabriela. Co z Motion Trio?
Muzyk ma rację, międzynarodowe sukcesy polskiej muzyki odwołującej się do ludowych korzeni to żadna nowość. Nasi jazzmani w latach 70. robili światową karierę, bo do wymyślonej za oceanem stylistyki dodali tęskną słowiańską nutę. U jednych pobrzmiewała ona głośniej (Namysłowski), u innych ciszej (Komeda), ale wszystkich zjednoczyła w wyjątkowej polskiej szkole jazzu, tak odległej od dźwiękowej cepelii, jak tylko się da. Również Czesław Niemen spodobał się na Zachodzie nie za sprawą wariacji na temat Jamesa Browna, lecz dlatego że był inny. Dobrze to rozumiał, czego najlepszym dowodem firmowana przez niemiecki oddział CBS płyta „Russische Lieder” z rosyjskimi przyśpiewkami ludowymi o jodełkach, stepie i Bajkale.
Od wydania tamtego albumu minęło niemal 40 lat, mimo to niewiele się zmieniło – berlińska wytwórnia Eastblok szykuje właśnie pierwszą w swoim katalogu składankę z polskimi wykonawcami, z dumą anonsując potwierdzone już nazwy: Kapela Ze Wsi Warszawa, Psio Crew, Żywiołak... – Na zachodnim rynku nie ma kompilacji, która przedstawiałaby waszą fascynującą scenę. Chcemy to zmienić. Uważamy, że to świeże i nowoczesne granie, nadaje się zarówno na parkiety, jak i do słuchania w domu – powiedział „Przekrojowi” Armin Siebert, szef Eastblok. Zastrzegając przy tym, że folk w czystej postaci niezbyt go interesuje. – Jest zbyt tradycyjny, nie podoba się młodym ludziom. Zabawa zaczyna się, kiedy muzyka korzeni łączy się ze współczesną muzyką Zachodu, na przykład rockiem, ska, reggae albo elektroniką.
Warsaw Village Band – bo pod taką nazwą znają ich na świecie – długo byli ucieleśnieniem zasady „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Te same media-, którym do otrąbienia sukcesu- polskiego wykonawcy na Zachodzie zwykle wystarcza doniesienie o koncercie w klubie polonijnym dla 200 osób, przespały tak doniosłe wydarzenia jak nagroda dla najlepszego debiutanta od BBC3 czy występ formacji na festiwalu Roskilde. – Nigdy nie zabiegaliśmy o popularność. Mamy swoją działkę, na której działamy konsekwentnie od lat, i to jest nasza bajka. A teraz trochę po gombrowiczowsku trafiamy na rodzimy grunt – zauważa Krzak. I chyba rzeczywiście coś jest na rzeczy. Folk, neofolk, krajowa muzyka świata, muzyka etniczna – jak zwał, tak zwał – coraz śmielej poczyna sobie poza gettem. Pomagają zagraniczne sukcesy, owoce przynosi pozytywistyczna praca u podstaw i – co być może najważniejsze – dorasta nowe pokolenie fanów, którym ludowość nie kojarzy się z cepelią oraz kiczem i którzy w fascynacji wsią nie widzą wiochy.
Więcej niż archeologia
Muzykowanie na ludową nutę jest dla wielu z tych artystów uzupełnieniem kariery naukowej lub twórczym rozwinięciem całkiem poważnych naukowych zainteresowań. Dlatego polskie grupy folkowe nader często przypominają rozśpiewane uniwersytety, które pod płaszczykiem rozrywki fundują nam wykłady z antropologii, etnografii, historii czy wręcz archeo-logii (Nie wierzycie? Poproście muzyków, by pokazali, na czym grają!) oraz zorientowanego na historię języka nurtu filologii polskiej. Marek Styczyński z Karpat Magicznych kolekcjonuje nie tylko dźwięki sprzed wieków, ale także instrumenty, z których je wydobywano (można je obejrzeć w nowosądeckiej galerii Stary Dom), Orkiestra św. Mikołaja próbuje ocalić od zapomnienia tradycyjne pieśni Łemków (choćby na płycie -„Lem-agination”), a członkowie Kapeli Ze Wsi Warszawa tropią po wioskach ludowych muzykantów. Mieszczuchom prezentują kulturę ludową w stołecznym Muzeum Etnograficznym w ramach cyklu imprez „Muzyka w muzeum”. Nie próbujcie im jednak sugerować, że naukowe podejście do tematu może krępować wolność artystyczną. Ja ten błąd popełniłem. – To przecież w stu procentach autorska płyta! Inspirowana przeszłością, ale czerpiąca ze współczesnej muzyki. Znajdziesz tu i blues-, i soul, i hip-hop – oburza się Wojciech Krzak z Kapeli. Owszem, antropolog, ale przy tym producent muzyczny i wraz z wokalistką Mają Kleszcz współkompozytor „Infinity”.
– W odróżnieniu od innych twórców mam świadomość swojej przeszłości i z niej czerpię, ale mnie to kompletnie nie zamyka. Etap archeologii muzycznej przerobiłem, kiedy byłem nastolatkiem. To iluzja. Nie ma czegoś takiego jak muzyka wsi. Chyba że uznamy za takową disco polo.
Czas na rusałkę
Zostawmy jednak remizy i wróćmy do podbijania świata. Kapela Ze Wsi Warszawa już zrobiła karierę na Zachodzie, oczywiście na miarę swoich ograniczonych możliwości. Może się jednak zdarzyć, że utorują oni drogę pierwszej międzynarodowej gwieździe muzyki pop z Polski rodem. Niemożliwe? Przekonamy się, kiedy jakaś utalentowana wokalistka, zamiast imitować Whitney Houston w Warszawie, zdecyduje się na udawanie rozśpiewanej słowiańskiej rusałki gdzieś w Londynie albo Nowym Jorku.




